W poprzednim rozdziale:
Olivia wychodzi na spacer do lasu, ponieważ chce w spokoju poczytać pamiętnik, który dostała od swojej babci. Kiedy postanawia ruszyć w drogę powrotną, okazuje się, że nie wie gdzie jest, zgubiła się.
***
Przerażona zaczęłam gorączkowo rozglądać się po okolicy. Strasznie się bałam. Robiło się coraz ciemniej, a więc zaraz wszystkie te nocne bestie wyjdą z ukrycia w poszukiwaniu śniadania, którym stanę się ja... Postanowiłam wejść na dąb, która rósł koło mnie. Szybko zaczęła się wspinać, czując, że zaraz rzuci się na mnie jakiś niedźwiedź, wilki czy coś innego, co lubi mięso. Wspięłam się na wysokość około trzech metrów. Nie chciałam wchodzić wyżej, bo pewnie bym spadła. Usadowiłam się wygodnie na jednej z grubszych gałęzi i zastanawiałam się co mam zrobić. Byłam sama gdzieś w lesie, w nocy, nie wiedząc jak wrócić i mając przy sobie tylko kanapkę, wodę i pamiętnik mojej babci. I wtedy coś sobie przypomniałam. Moja babcia musiała wiedzieć, że tak będzie. Że się zgubię. Dobrze, że jej posłuchałam, bo inaczej zostałabym bez picia, bez jedzenia i w krótkim rękawku, a noce tutaj bywały bardzo zimne. Byłam jej wdzięczna, ale jednocześnie zła. Widziała, że się zgubię, a i tak mnie tu puściła?! Nie no, fajna babcia, naprawdę! Dziękuję bardzo! Teraz będę tu siedzieć do końca świata! -mamrotałam w głowie. Narzekałabym tak bez końca, ale zmęczenie wzięło górę. Zauważyłam, że tuż nad moim prawym ramieniem jest gruba, mocna gałąź. Oparłam o nią głowę i usadowiłam się tak, że plecami opierałam się o pień. W takiej pozycji zasnęłam. Spałam smacznie aż do rana śniąc o tym, jakby to było mieć ten Dar mojej babci.
Olivia wychodzi na spacer do lasu, ponieważ chce w spokoju poczytać pamiętnik, który dostała od swojej babci. Kiedy postanawia ruszyć w drogę powrotną, okazuje się, że nie wie gdzie jest, zgubiła się.
,,Nie łam się nawet jeśli myślisz, że jesteś w sytuacji bez wyjścia. Nawet nie wiesz, jak bardzo możesz się mylić''
Pamiętnik Lindy Dawison''
***
Przerażona zaczęłam gorączkowo rozglądać się po okolicy. Strasznie się bałam. Robiło się coraz ciemniej, a więc zaraz wszystkie te nocne bestie wyjdą z ukrycia w poszukiwaniu śniadania, którym stanę się ja... Postanowiłam wejść na dąb, która rósł koło mnie. Szybko zaczęła się wspinać, czując, że zaraz rzuci się na mnie jakiś niedźwiedź, wilki czy coś innego, co lubi mięso. Wspięłam się na wysokość około trzech metrów. Nie chciałam wchodzić wyżej, bo pewnie bym spadła. Usadowiłam się wygodnie na jednej z grubszych gałęzi i zastanawiałam się co mam zrobić. Byłam sama gdzieś w lesie, w nocy, nie wiedząc jak wrócić i mając przy sobie tylko kanapkę, wodę i pamiętnik mojej babci. I wtedy coś sobie przypomniałam. Moja babcia musiała wiedzieć, że tak będzie. Że się zgubię. Dobrze, że jej posłuchałam, bo inaczej zostałabym bez picia, bez jedzenia i w krótkim rękawku, a noce tutaj bywały bardzo zimne. Byłam jej wdzięczna, ale jednocześnie zła. Widziała, że się zgubię, a i tak mnie tu puściła?! Nie no, fajna babcia, naprawdę! Dziękuję bardzo! Teraz będę tu siedzieć do końca świata! -mamrotałam w głowie. Narzekałabym tak bez końca, ale zmęczenie wzięło górę. Zauważyłam, że tuż nad moim prawym ramieniem jest gruba, mocna gałąź. Oparłam o nią głowę i usadowiłam się tak, że plecami opierałam się o pień. W takiej pozycji zasnęłam. Spałam smacznie aż do rana śniąc o tym, jakby to było mieć ten Dar mojej babci.
Kiedy się
obudziłam była godzina mniej więcej ósma. Nie miałam przy sobie zegarka, ale
takie miałam wrażenie. Że jest ósma. Rozejrzałam się po okolicy. Las wyglądał
inaczej w dzień, niż w noc. Był mniej straszny. Można powiedzieć, że teraz nie
czułam się w nim aż tak obco. Było w nim coś znajomego. Zeszłam z drzewa i
podniosłam wodę, która spadła mi podczas snu. Pamiętnik cały czas ściskałam w
dłoni, a kanapkę miałam w kieszeni. Kiedy pomyślałam o kanapce od razu
poczułam, że jestem głodna. Wyjęłam ją z kieszeni i zaczęłam jeść. Szybko
zniknęła w moim brzuchu. Popijając wodę, zastanawiałam się jak wrócić do domu.
Moment. Skoro słońce teraz jest tam, a jest trochę po wschodzie, to skoro dom
mojej babci jest na północy, to żeby tam dojść muszę iść tam. Nie, nie tam.
Tam. Nie... Tam! Chociaż może nie... Kurde, szkoda, że nie uważałam na przyrodzie...
Mam siedemnaście lat i nie umiem się połapać w kierunkach świata! Po prostu
brawo! Olivia, jesteś geniuszem! - pomyślałam. Podrapałam się po głowie i postanowiłam po
prostu iść, gdzie mnie nogi poniosą. Możliwe, że było to głupie osunięcie, ale
to już było lepsze niż siedzenie w miejscu. Szłam tak przez cały następny dzień
zatrzymując się co jakiś czas, żeby odpocząć. W końcu zaczęło się ściemniać,
więc znowu znalazłam sobie jakieś drzewo i na nim spędziłam noc. Kiedy się rano
obudziłam byłam strasznie głodna, ale pocieszałam się tym, że na pewno zaraz
wrócę do domu. Szłam cały dzień. Woda mi się skończyła, więc wepchnęłam w nią
siateczkę po kanapce, którą cały czas trzymałam i wyrzuciłam w krzaki. Wiem, że
to nieładnie śmiecić w lesie, ale nie miałam zamiaru tego targać. I znowu noc
spędziłam na drzewie. Rano stwierdziłam, że nie wytrzymam z głodu i pragnienia.
Musiałam coś sobie znaleźć. Może jakiś strumyk, czy coś takiego? Napiłabym się
i może złapała jakąś rybkę... No kogo ja oszukuję? Ja nawet zamulonego wodorostu
bym nie złapała - przyznałam w duchu. Zauważyłam podczas mojej wędrówki, że terem jest coraz
bardziej górzysty. Zdarzało się, że na polankach przez trawę prześwitywała
skała. Zastanawiałam się, czy idę w stronę gór... Możliwe, że tak...
Wiedziałam, że powinnam iść w przeciwną stronę (jeśli rzeczywiście szłam w
góry), ale moja wędrówka trwała już od paru dni, nie chciałam zawracać. No właśnie. Byłam sama
w lesie już od kilku dni, bez jedzenia, picia, brudna i zmęczona. Czułam się
tak beznadziejnie, że w końcu zaczęłam popłakiwać. Łza za łzą spływały po moich
policzkach, a ja szłam dalej, coraz bardziej brnąc w gąszcz drzew. Tym razem
już nie szłam przez cały dzień, tylko do południa, nie miałam już siły. Nic nie
jadłam od kilku dni. Byłam strasznie głodna. Dobrze, że przynajmniej kiedy
byłam w domu zawsze mało jadłam. Dzięki temu byłam już trochę przyzwyczajona. W
nocy znowu spałam na drzewie. Tyle, że tym razem budziłam się kilka razy w
nocy. Za każdym razem z dziwnym przeczuciem, że coś się niedługo stanie. Rano,
gdy się zbudziłam czułam się jakbym nadal śniła. Nie miałam siły się ruszać.
Chciałam zejść z drzewa, ale tylko nieudolnie przekręciłam się na bok. Spadłam
z gałęzi na trawę. Byłam na wysokości dwóch metrów, jednak na szczęście spadłam
na kępę wysokiej trawy wśród której rosły też słoma i jakieś dziwne pnącza. To
wszystko jako tako zamortyzowało mój upadek, choć i tak przez moje lewe ramię
przeszła fala bólu. Jednak ja nie miała nawet siły się ruszyć, krzyknąć, czy
nawet przekręcić się na drugi bok. Byłam jak sparaliżowana. Kompletnie
bezsilna, wycieńczona... Nic nie jadłam od kilku dni. Nic dziwnego, że tak się
dzieje. Czułam się jak jakaś upośledzona. Leżałam tak na trawie nie mogąc się w
żaden sposób ruszyć. W końcu zasnęłam, choć może to nie było zaśnięcie,
bardziej zemdlenie. Leżałam tak przez następne parę godzin. Kiedy się obudziłam
czułam się już lepiej. No może nie lepiej, ale przynajmniej mogłam wstać.
Podniosłam się chwyciłam pamiętnik i chwiejnym krokiem, w żółwim tempie ruszyłam
przed siebie. Szłam tak przez następne dwie godziny cały czas czując się jakbym
śniła. Było coraz gorzej. Miałam dreszcze, pociłam się, bolała mnie głowa,
burczało mi w brzuchu i coraz bardziej brakowało mi sił. Szłam tak na wpół
przytomna, ale w końcu nie wytrzymałam. Runęłam nieprzytomna na ziemię cały
czas mocno trzymając pamiętnik babci. Ostatnią rzecz, która mi została. Nagle
przed oczami stanęła mi babcia z zatroskanym wyrazem twarzy. ,,Już niedługo
będzie dobrze'' - powiedziała. Potem ogarnęła mnie nieprzenikniona ciemność.
Tak się prezentuje rozdział trzeci!
Mam nadzieję, że się podoba.
♥♥♥
Sophie Holt
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz