sobota, 15 marca 2014

Rozdział 6. Pierwsze wrażenia bywają złudne.

 Dziewczynka odprowadziła mnie do mojego namiotu i poszła. Postanowiłam, że na razie dam sobie spokój z łukiem i strzelaniem, po męczącym treningu z Kizzy nie miałam już na to siły. Zamiast tego zabrałam się za czytanie kolejnego wpisu do pamiętnika babci. Mówił trochę o pierwszych wrażeniach itp..


,,12 maja, wioska

Drogi pamiętniku!

Dzisiaj Omasza uczyła mnie szukania w czyichś oczach informacji i nim. To jest świetne! Nie mogę przestać myśleć o jednym zdaniu, które do mnie wypowiedziała: ,,Kiedy już to opanujesz zdziwisz się jak często pierwsze wrażenie jest różne od prawdy.'' Zgadzam się. Czasami osoba, która wydaje nam się arogancka i pusta, tak naprawdę ma po prostu jakiś problem i tym aroganckim zachowaniem maskuje swoją słabość.  Na przykład Mucha. Na pierwszy rzut oka jest niemiła i opryskliwa. Ale kiedy spojrzałam jej w oczy zobaczyłam smutną, przygnębioną dziewczynę płaczącą za niedawno zmarłą matką. Dlatego od teraz postanowiłam nie oceniać ludzi ,,na pierwszy rzut oka'', nawet jeśli ich zachowanie jest naprawdę nieznośne. Morał jest taki: pierwsze wrażenia bywają złudne.
                                                                                                         Linda''


Wpis był dziwny, ale za razem pouczający... Normalnie, to bym go rozpatrywała przez dwie godziny, ale nie miałam nastroju do filozoficznych przemyśleń. Nie wiedziałam co mogę dalej porobić, więc po prostu postanowiłam, że żeby jakoś ozdobić ten nudny namiot nazbieram trochę kwiatów i je tu ustawię. Wyszłam z namiotu. Znowu sporo twarzy zwróciło się na mnie, ale ja już zaczęłam się do tego przyzwyczajać. Weszłam do lasu i zaczęłam szukać jakichś kwiatów. Na polanie, gdzie leżała wioska były tylko takie podeptane. W końcu znalazłam sporą łąkę calutką usianą kwiatami. Makami, tulipanami oraz jakimiś fioletowymi, żółtymi i pomarańczowymi kwiatami, których nie znałam. Zaczęłam zbierać. Zerwałam sporo tulipanów oraz tych żółtych, fioletowych i pomarańczowych kwiatów. Nie zbierałam maków, bo one szybko więdną. Postanowiłam, że wezmę jeszcze trochę tulipanów, bo bardzo je lubię. Nagle zauważyłam, że w cieniu drzew stoi jakiś mężczyzna oparty ramieniem o drzewo i mi się przygląda. Nie widziałam jego twarzy, bo stał w cieniu.
- Czego chcesz? - zawołałam.
Mężczyzna jakby chwilę się wahał, ale potem wyszedł z cienia. Jego widok mnie przeraził... Nie był wcale mężczyzną, tylko chłopakiem i to nie byle jakim... To był ten Leo, który mnie zaatakował. Cofnęłam się o parę kroków. Moja mina wyrażała ostrożność i lekki strach, choć tak naprawdę to się go bałam... I to dosyć mocno... Jednak on wydawał się spokojny, nie miał widocznie ochoty znowu oberwać...
- Chciałem porozmawiać... - powiedział po czym zaczął do mnie podchodzić.
- Nie zbliżaj się do mnie! - krzyknęłam cofając się jeszcze bardziej.
Ale on nadal szedł w moją stronę. W końcu stanął przede mną i złapał mnie delikatnie za nadgarstek.
- Czy możemy spokojnie porozmawiać?
- Nie, nie możemy! - zawołałam zdenerwowana po czym wyrwałam się mu i pobiegłam do wioski.
Szybko zaszłam do Omaszy, żeby pożyczyć jakiejś nitki do związania bukietu (Omasza dała mi też mały, drewniany wazonik). Potem poszłam do studni, która była na środku wioski i nalałam do wazonika wody (Podobno woda do tej studni jest transportowana wiadrami z jakiegoś strumienia i oni robią tak co parę miesięcy... Sprytne, co nie?). Kiedy w wazoniku było już wystarczająco dużo wody wzięłam mój bukiecik i poszłam do namiotu. Wazonik ustawiłam na środku skrzyni, rozwiązałam bukiet po czym włożyłam go do wody. Od razy zrobiło się tu przyjemniej. Zawiesiłam jeszcze tylko lampę naftową na haczyku, który zwisał na środku namiotu z sufitu i już miałam naprawdę przyjemny pokoik... Podłogę pokrywała zielona płachta, a pod nią była ugnieciona sucha, wysoko trawa, więc przyjemnie się chodziło, po boku stała drewniana skrzynia z grafitowymi zawiasami i płaską pokrywą, obok stała drewniana miska, a w niej metalowe wiadro i różne płyny w szklanych, zakorkowanych buteleczkach oraz mydła, łóżko przykryte pościelą no i mój bukiecik. Teraz w tym namiocie przynajmniej nie czułam się tak obco. Nagle wpadłam na pewien pomysł. Wyjęłam ze skrzyni chustę, która tam była oraz książkę. Chustę ułożyłam na skrzyni jako obrus, z powrotem postawiłam wazonik, a obok książkę o darze i na niej pamiętnik babci. Teraz już wszystko było ok. Zapaliłam lampę naftową. Byłam głodna. Ale nie wiedziałam skąd wezmę jedzenie... W końcu poszłam do Omaszy.
- Moja droga, tutaj jemy wspólnie. Tylko ja gotuję sama, tak to wszyscy razem. Pierwszego dnia, kiedy się obudziłaś nie było kolacji i obiadu, bo zabrakło jedzenia. A dzisiaj to ty gdzieś wyparowałaś, wszystko cię ominęło... Ale mężczyźni już rozpalają ognisko, więc zaraz będzie kolacja...
To było strasznie dziwne... Skąd oni mieli to jedzenie? Kiedy zapytałam o to Omaszę ona powiedziała:
- Parę kilometrów od wioski są nasze pola i tak dalej... Tam są krowy, kury, owce, jest sad i rosną też warzywa no i są pola... Wiesz, pomimo że ta wioska jest taka mała, to jest tak naprawdę całkiem spora grupa! Pozostałe dwie osady są dużo większe! Po części to także ich jedzenie, więc musi być go dużo. Wiesz, my jesteśmy w samym środku lasu, musimy jakoś sobie radzić...
- A kto rządzi tymi pozostałymi osadami, kiedy Perhan jest tu?
- Tą największą jego drugi syn, Toni. A drugą, jakiś jego przyjaciel...
- Acha... A czemu nie Leo?
- No bo widzisz Perhan miał dwie żony: Dikę i Nadię. Z Diką miał Toniego, a z Nadią Leo. No i on z Nadią wcale nie chciał mieć dzieci. Kochał ją, ale nie chciał kolejnego dziecka. Wystarczał mu jego najukochańszy syn z poprzedniego małżeństwa. No i dlatego Leo zawsze był u niego na drugim miejscu.
- To smutne...
- Tak, ale dla Leo to wszystko jedno... Wystarczy mu parę ładnych kobiet i jest szczęśliwy...
W tym momencie ktoś krzyknął:
- Kolacja!
-Idź. Ja zjem tutaj.
Przytaknęłam i wyszłam z namiotu. Po drodze do ogniska wokół którego już rozsiadło się trzy czwarte wioski zaczepiła mnie Kizzy.
- Cześć! Chodź, pokaże ci jak to wygląda, bo jeszcze nie widziałaś. Tu jest takich parę kobiet, które robią jedzenie i każdy dostaje po porcji. Tylko Omasza z nami nie je, ale ona jest jakąś czarownicą, czy coś takiego i ona musi jeść jakieś jedzenie dla czarownic... Patrz, tu się podchodzi i się bierze.
Kizzy podeszła do stołu przy którym stało parę kobiet i rozdawało jedzenie. Ja i Kizzy dostałyśmy po porcji (trzy kromki chleba z masłem i jakimś serem oraz coś przypominającego herbatę i jabłko) i usiadłyśmy z boku na trawie.
Przeżuwałam kromkę rozglądając się po okolicy. Zauważyłam Leo siedzącego w towarzystwie jakichś swoich kolegów i paru dziewczyn. Nagle jedna z dziewczyn wskazała na mnie i szepnęła mu coś na ucho. Odwróciłam głowę w stronę ogniska. Jednak kontem oka dostrzegłam jak Leo na mnie patrzy. Nagle jednak wszystkie rozmowy ucichły, nawet odgłosy mlaskania zniknęły. Rozejrzałam się szukając przyczyny tej nagłej ciszy. No i zobaczyłam. Perhan wyszedł ze swojego namiotu. Przypominał trochę tych arabów co jeżdżą na wielbłądach.
- Moi drodzy! Przepraszam, że przerywam Wam posiłek, ale chciałbym ogłosić parę rzeczy. Po pierwsze: jest duże prawdopodobieństwo wojny. Grupa tego łotra, Punka zaatakowała przedwczoraj osadę Toniego. Oczywiście nasi wygrali, ale szykuje się kolejny atak. Musimy być gotowi na każdą ewentualność. - między ludźmi przeszedł szmer - Po drugie: niedługo trzeba będzie uzupełnić studnię. No i po trzecie: mamy w naszej osadzie nową lokatorkę. To Olivia. - wszystkie oczy zwróciły się na mnie, a mi po plecach przeszedł dreszcz - Olivię znaleziono prawie martwą niedaleko strumienia, Omasza się nią zajęła i musicie się pogodzić, że przez jakiś czas Olivia będzie tu mieszkać. Mam nadzieję, że nie będzie problemu. Dobrze, wracajcie do posiłku - powiedział, po czym znowu zniknął w namiocie.
Wszyscy znowu zaczęli rozmawiać i mlaskać, a ja zastanawiałam się nad tym co usłyszałam. Domyślałam się, że ,,grupa łotra Punka'', to jakiś inny wróg grupy Perhana, ale wojna? Nie wiedziałam, że cyganie toczą wojny...
Po kolacji pożegnałam się z Kizzy i wróciłam do mojego namiotu. Nalałam sobie wody do miski i umyłam się, przebrałam w koszulę nocną, po czym położyłam się spać. Zgasiłam lampę i leżałam w oczekiwaniu na sen.


Rozdział siódmy już za chwilę.
♥♥♥
Sophie H.

Brak komentarzy: